piątek, 2 sierpnia 2013

Rozdział 7- "Kilka lat później..."

Nasz pocałunek nie trwał długo, ale zaniepokoiło mnie to, że...... gdy go całowałam nic nie czułam. Gdy to robiłam z Mattem też jakoś tak, tylko przyjaciel, najlepszy ale jednak przyjaciel. O Brandonie już nie wspominając.... bo to myło wymuszane. Czemu ja mam takiego pecha? Dlaczego mając 17 lat nie mogę znaleźć już swej miłości? Kiedy to nadejdzie? Chce, być kochana i kochać aż do śmierci, która mam nadzieję, szybko nie przyjdzie. Nie wybieram się jeszcze na tamten świat....
 Chce już być pełno letnia, wyprowadzić się gdzieś na morze czy ocean i tam mieszkać, pracować... prowadzić życie.... ale to puki co szczeniackie marzenia.
            ----------------------------
5 lat później
           ----------------------------
Minęło 5 lat odkąd ostatni raz widziałam się z rodzicami. Tak. Wyjechali do Ameryki. Zostawili mnie. Ale co mi tam. Agnes i ja wciąż się przyjaźnimy, to jest najważniejsze. Agnes wyszła za Marcela i mają śliczne dzieci. Dziewczynka- Angela i chłopiec- David. Jestem chrzestną Dawida. Mały słodziak. Ma szalone pomysły. Zawsze się śmiejemy, że wydał się za chrzestną. Ale spędzam z nim dużo czasu, bo sama niestety dzieci JESZCZE nie mam. Tak jeszcze. Wyszłam za Kubę. No i jestem w 2 miesiącu w ciąży. Cieszymy się z tego. A no i Kuba jest chrzestnym Angel. Tak mówi na małą Angelę. Ciągle chodzi z głową w chmurach, jakby była jakaś magiczna. No mniejsza już o to. Ja z Kubą spodziewamy się dziecka. Dawid ma 5 lat, a Angel ma 3. Jak na 3-latkę to sporo umie i rozumie. Kocha ważki. No wprost je uwielbia, a co najlepsze ważki ją też. Bardzo często jeździmy nad jeziora. Nie mamy do nich daleko, więc zawsze jak jest gorąco to jedziemy. Ostatnio byliśmy nad jeziorem 3 dni. Spaliśmy w campingu Agnes rodziców. Dziś już jest 5 lipca. Szykujemy się do kolejnego wyjazdu nad jezioro. O 10 wyjeżdżamy a jest 9. Ja i Kuba jesteśmy już spakowani. Za chwilkę jedziemy do Agnes i Marcela i wyruszamy na kolejna przygodę! Już nie mogę się doczekać. Może Angel znów przywoła ważki. Najbardziej podobają mi się te niebieskie. Z resztą jej też. Dlatego zawsze najwięcej właśnie niebieskich do niej przylatuje. Wspaniale to wygląda.
-Kochanie, jesteś już gotowa?- wyrwał mnie z zamyśleń mężuś.
-Tak, już możemy jechać.- oznajmiłam, wzięłam torby i zeszłam na dół. Kuba już tam na mnie czekał ze swymi bagażami.
-Wyjeżdżamy tylko na tydzień, a nie na wieczność.- zaśmiał się. A ja odłożyłam swoje torby obok jego i wskoczyłam (dosłownie) mu na ramiona.
-Wiem, ale jak wiesz, jestem kobietą i rzeczy nigdy dosyć.- powiedziałam z szerokim uśmiechem i wpiłam się w jego idealnie miękkie usta.
-Wiem. No dobrze to jedziemy. Marcel przed chwilką dzwonił kiedy przyjedziemy bo już są gotowi tylko czekają na nas. Powiedziałem mu, żeby już jechali a my dołączymy chwilkę po nich. Musimy jeszcze jechać do marketu bo wody do picia. Żebyś mi nie zdychała po drodze.
-Tak, no bo oczywiście to ja zawsze narzekam, że głodna jestem .hmm? Picie jest ważne.
-Dobrze, kochanie. Nie kłóćmy się i jedźmy już.
-Okej.
Po 3 godzinach byliśmy już na jeziorem. Wyszliśmy z samochodu, a dzieciaki od  razu pobiegły do nas. Marcel i Agnes opalali się już na plaży.
-Ciocia!- krzyknął David wskakując w moje objęcia.
-Ej, mały, jesteś mokry!- krzyknęłam przez śmiech.
-Wujek!- rzuciła się do Kuby mała Angel.
-Hej skarbie. - uśmiechnął się mój mąż do swej chrześniaczki i mocno przytulił.
-Ciociu, a możesz z nami popływać? Bo mama nie chce. Mówi, że ona musi się opalić. - powiedział David, ze smutną minką.
-No właśnie. Ty wujku też? Prosimy.- dodała Angela.
-No dobrze, ale tylko wyładuję bagaże, dobrze?- powiedział Kuba.
-Okej.- powiedział David.
-Dobrze.- dodała Angela.
Nagle nie wiadomo skąd za mną stanął Marcel i wziął mnie na ramię.
-Aaaaaa!!!! Marcel, co ty wyprawiasz?! Puść mnie! Kurde, Marcel, nie!!!- krzyczałam.
-Jak dzieci proszą, żebyś się z nimi pokąpała to się to robi, a nie wykręca jak Agnes. A teraz za karę idziesz do wody.- powiedział przez śmiech. Ani się obejrzałam a już wylądowałam na dnie jeziora razem z Marcelem. W kocu wypłynęliśmy na powierzchnię.
-Kurde, Marcel, ja ci kiedyś zabiję. Chciałam założyć strój i wyjść, a nie moczyć ubrania !- powiedziałam i rzuciłam się w wodzie na niego. Wyszło na to, że siedziałam mu na barkach.
-Jako wątpię, że mnie zabijesz, kochana. a ubrania się wysuszą. Spokojnie, nie złość się.
-Super.- powiedziałam ironicznie.
-Wyczuwam ironie, moja droga.- zaśmiał się nagle Kuba.
-Ech... może ty też mnie wrzucisz co?- powiedziałam do męża.
-Oj no chodź tu.- rozstawił ręce do uścisku. - Marcel opuść ją.- zwrócił się do przyjaciela.
-Ech, skoro nalegasz.- westchnął i Marcel i zniżył się, żebym mogła zejść.
Przytuliłam się do Kuby. A on mnie pogłaskał po mokrych włosach.
Dzieciaki wzięły wiaderka i napełniły je wodą, potem wylały całe zawartości wiader wprost na Agnes. Od razu, ruszyła za dzieciakami w stronę wody. Nareszcie.
-ha ha ha ha....... mama weszła do wody!- wykrzyczały dzieciaki przez śmiech i przybiły nam piątki.
-Oj Agnes, nie gniewaj się ale ty jako jedyna nie weszłaś do wody, no i nie przywitałaś się.- ruszyłam w jej stronę. Podeszła do mnie i przytuliłyśmy się. O to mi chodziło. Od razu podkosiłam ją i zanurzyłam nas obie pod wodę.
-Alex! Pogięło cię?!- krzyczała na mnie po wynurzeniu Agnes. Ale widziałam, że się śmieję.
-Wiesz, że zawsze tak robi. A jednak wciąż dajesz się nabrać.- powiedział Kuba stojąc za mną. Czułam, że zaraz mnie zanurzy. Szybko odwróciłam się do niego przodem.
-Kotek. Jeśli chcesz mnie zanurzyć, to chce być przodem do ciebie.- powiedziałam.
-Skoro tak.- powiedział i szybko mnie zanurzył, razem ze sobą. Pod wodą oboje otwarliśmy oczy i siedzieliśmy pod wodą, całując się namiętnie.
-Kochanie?- zapytał w tym czasie Marcel do Agnes.
-Tak?- odpowiedziała pytająco.
-Jeżeli się nie złościsz, to podejdź do mnie i mnie pocałuj.- powiedział.
Agnes nic nie powiedziała tylko się zanurzyła i płynęła pod wodą do Marcela. Ten widząc to zrobił to samo. Wyszło na to, że robili dokładnie to samo co ja i Kuba. Ale my już się wynurzyliśmy i chlapaliśmy się z dzieciakami.
Szybko minął nam ten czas. Był już wieczór, a my wszyscy siedzieliśmy przy ognisku, piekąc kiełbaski.
Było świetnie. Śmialiśmy się, wygłupialiśmy, gadaliśmy, graliśmy w różne gry. Dzieci poszły już spać, a my dalej się bawiliśmy. Byliśmy już troszkę podpici i wpadliśmy na pomysł, żeby popływać. Ja z Kubą poszliśmy w takie bardziej zaskalone miejsce. To znaczy było przy brzegu sporo dość wielkich kamieni, na które spadały glony. Było tak ślicznie i tak.... magicznie. Nie wiem czemu, ale wiem, że to dziwne... ale..... ja czułam magię. Dosłownie jakieś pole, czy niewidzialną siłę. Nagle poczułam, że właśnie w tym miejscu, wokół mnie i Kuby zbiera się straszna mgła. Rozdzieliła nas. Była bardzo, ale to bardzo gęsta. Oplotła mnie i uniosła do góry. Dziwiło mnie to, że byłam bardzo spokojna, jakbym już kiedyś przez coś takiego przechodziła.
No tak..... przecież jak byłam malutka, też już mnie coś takiego spotkało. Ała!!!! Kurde.... na mojej nodze pojawiło się znamię, które rozświetliło się mocno, jasno niebieskim światłem. Bardzo boli. Było w kształcie koła i miało jakieś wzory. Przeszywały mnie niemiłosiernie same bóle. Jęczałam i zwijałam się z bólu. Ale wiem co to oznaczało. Mam już takie 5. Jestem numerem 6. Nie mogę dać się zabić. Jestem następną ofiarą kosmitów. Czy to oznacza, że jednak nie założę do końca swojej wymarzonej rodzinki? A co z moim ukochanym mężem? Nie chce go stracić. A co jeśli jego też dopadną? Nie mogę do tego dopuścić. Muszę znaleźć kolejne numery i razem pokonać naszych wrogów, którzy od wieków poszukują nas i mordują.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz